Menu

Między książkami

Próba samodyscypliny, spisywania refleksji na temat przeczytanych książek. Próba rozruszania własnego, nieco zardzewiałego pióra i rozleniwionego umysłu.

Pochwała łuku (Bernard Cornwell "Pieśń łuków. Azincourt")

urshana

Od dziecka lubiłam powieści historyczne. Do dziś pamiętam niezwykłe podekscytowanie, gdy udało mi się namówić tatę na wizytę w bibliotece dla dorosłych, gdzie porwałam z półki Potop Sienkiewicza, a było to chyba w szóstej klasie podstawówki. Sentyment do gatunku pozostał do dziś i regularnie sięgam po pozycje, które przenoszą mnie w czasy mniej lub bardziej zamierzchłe. Z tego powodu, a także z powodu miłości do Shakespeare'a oraz jego ekranizacji w reżyserii Kennetha Branagha (tu kłania  się świetny Henryk V) z dużym zaciekawieniem podeszłam do powieści Bernarda Cornwella Pieśń łuków. Azincourt, niestety pozostałam ze sporym niedosytem. Utwór mnie nie zachwycił, a moje rozczarowanie jest tym większe, że czytałam wcześniej całkiem niezłe powieści o Arturze tegoż samego autora. Zastanawiam się jednak na ile moje odczucia są związane stricte z dziełem Cornwella, a na ile surowa ocena łączy się z ostatnio u siebie zauważonym krytycyzmem ogólnym, krótko mówiąc, staję się bardziej wybredna niż kiedyś i trudniej mnie zachwycić.

Wracając jednak do powieści - bohaterem jest, podobnie jak w przypadku trylogii arturiańskiej, prosty człowiek, który staje się świadkiem przełomowych wydarzeń. Łucznik Nick Hook, który z powodu trwającego od pokoleń konfliktu z rodziną Perrillów staje się banitą, trafia do Francji, gdzie uczestniczy w obronie twierdzy Soissons, a następnie w służbie sir Johna Cornewaille'a bierze udział w kampanii, której finałowym aktem będzie tytułowa bitwa. Główny bohater raczej niczym nie zaskakuje, jest świetnym łucznikiem, w bitwach wykazuje się oczywiście ogromnym bohaterstwem, piękną damę ratuje z opresji dość szybko i właściwie nie ma już potem komplikacji w jego związku z  Mellisandą, a ciemniejsza strona natury związana z rodowym konfliktem jest mocno uzasadniona niesympatycznością przeciwników. Podsumowując - nudy. Najciekawszą postacią w całym utworze jest francuski rycerz, ojciec wybranki Nicka - Ghillebert de Lanferelle, zwany Panem Piekieł, a przy okazji jedyny Francuz, któremu autor poświęcił choć trochę uwagi. Poza tym mamy nieustanny pean na cześć angielskich łuczników i ich broni, co po kolejnym kwiecistym opisie cisowego łuku zaczyna naprawdę mocno drażnić.

Kolejnym mankamentem powieści dla mnie osobiście jest nietrafiony tytuł, gdyż w opowieści o Azincourt sama bitwa owszem się pojawia, ale dopiero w finale, a spora część utworu to tak naprawdę długie wprowadzenie. To trochę tak jakby Sienkiewicz nadał swej powieści o Zbyszku z Bogdańca tytuł Grunwald. Centralnym punktem w Pieśni łuków. Azincourt staje się, opisane bardzo szczegółowo, oblężenie portu w Harfleur. Z drugiej strony chyba jedyną mocną stroną pisarstwa Cornwella w tej akurat powieści są  sceny batalistyczne, które zaprezentowane w sposób niezwykle realistyczny, potrafią zachwycać. Dlatego opisy walk zarówno pod Harfleur jak i pod Azincourt nie nudzą, chyba że dotyczą mocy cisowego łuku, ale o tym już wspominałam. Trzeba też oddać autorowi, ze odtworzył z niezwykłym pietyzmem realia średniowiecznych kampanii wojennych. Opisy cierpiących na dyzenterię żołnierzy angielskich, którzy bardziej ucierpieli z powodu tej choroby niż w starciach z Francuzami mocno działały na moją wyobraźnię i zmysły.

O tym czy warto sięgnąć po Cornwella każdy musi zadecydować indywidualnie, ja po ostatniej przygodzie z  jego twórczością zrobiłam się ostrożniejsza. Schematyczność i oczywistość pewnych rozwiązań, naiwność i nachalna stronniczość (temu się akurat nie dziwię, w końcu to Anglik prezentujący jedną z najbardziej niezwykłych bitew w historii własnego narodu) spowodowały, że dla mnie Pieśń łuków. Azincourt to powieść co najwyżej przeciętna. Za to nabrałam ochoty na ponowne spotkanie z Henrykiem V Shakespeare'a, ten autor jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

Ocena: 3,5/6

Bernard Cornwell, Pieśń łuków. Azincourt, przeł. Tomasz Tesznar, Esprit, stron 600, okładka miękka

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • prosperiusz

    Ciekawa lektura :)

  • urshana

    Nie wiem, czy komentarz odnosi się do powieści, w takim układzie dla mnie raczej "ciekawa" czy do mojego tekstu, jeśli to drugie - dziękuję.

  • grendella

    Czytałam te powieść już dość dawno, więc nie pamiętam szczegółów, ale i we mnie pozostawiła spore wrażenie niedosytu. I tak rzeczywiście, tylko sceny batalistyczne utkwiły mi w pamięci. Z kolei postaci irytowały mnie niepomiernie, bo jakieś takie poprawne, ale bez wyrazu były. Ciągle zamierzam sięgnąć po trylogię o Arturze, bo bardzo lubię ten motyw, ale "Pieśń" mnie nie zachwyciła...

  • urshana

    Jeśli lubisz motywy arturiańskie, to podejście Cornwella powinno ci się spodobać, jest bardzo realistyczny, pomysły na kilka postaci ma niezłe, a całość opowiedziana z perspektywy czasu zdecydowanie lepiej napisana. Spróbuj z pierwszym tomem, jeśli cię zainteresuje, przeczytasz całość.

  • Gość: [rybieudka] 156.17.168.*

    Ja prawdę mówiąc przy "Azincourt" wymiękłem tak około 1/3 powieści. Klepanie w kółko tego samego, bohater jednoznaczny do bólu i ciągłe przeświadczenie, ze wiem co się wydarzy za chwil parę po prostu mnie przemogły i odpuściłem sobie całość. A Twoja recenzja mnie utwierdziła, że wiele nie straciłem

  • urshana

    Nie straciłeś, bohater nie zmienia się ani trochę, zakończenie jest banalne, a sama bitwa, cóż nieźle opisana, ale to za mało, by się zachwycać. Mnie się rzadko zdarza niedoczytanie utworu, dlatego trochę się irytuję, jak coś mi się nie podoba.

© Między książkami
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci