Menu

Między książkami

Próba samodyscypliny, spisywania refleksji na temat przeczytanych książek. Próba rozruszania własnego, nieco zardzewiałego pióra i rozleniwionego umysłu.

Uwaga na wampiry! (Terry Pratchett "Carpe Jugulum")

urshana

carpejugulumbiext9512688

Z pewnym sentymentem, ale także dużą dozą melancholii wzięłam się za czytanie Carpe Jugulum Terry'ego Pratchetta. To pierwsza część Świata Dysku, którą miałam w ręku od czasu śmierci autora, a także ostatnia z cyklu o czarownicach z Lancre. Swoiste podwójne pożegnanie. Znalazłam w niej wszystko, co uwielbiam w tej serii, wartką akcję, moich ulubionych bohaterów, humor, liczne nawiązania kulturowe. Tylko czytało mi się jakoś tak poważniej. I nie mam pojęcia, czy to za sprawą prezentowanych wydarzeń, czy ze względu na specyficzne okoliczności towarzyszące lekturze, czyli wspomniane pożegnania.

Lancre to bardzo górzyste królestwo na głębokiej prowincji, gdzie wszyscy się znają, a panujący król może owszem sam decydować o wielu sprawach, pod warunkiem, że jest to dogodne dla mieszkańców, a zwłaszcza dla mieszkających w Lancre wiedźm. Są one otoczone powszechnym szacunkiem, z odpowiednią ilością bojaźni, zwłaszcza jeśli chodzi o babcię Weatherwax i nic nie dzieje się bez ich wiedzy. Kiedy rodzi się królewska córka, której matką nomen omen też jest czarownica, musi zostać odprawiona odpowiednia uroczystość nadania imienia. A jako że jest to dziecię wysokiego rodu, należy wyprawić wielką ucztę, a także zaprosić ważnych gości. Niestety z zaproszeniami coś poszło nie tak. Jedno bardzo istotne zaproszenie, mimo że odpowiednio ozdobne i z pieczołowitością wysłane jako pierwsze, nie dotarło do adresata. Za to jak najbardziej dotarły zaproszenia dla arystokratycznej rodziny mieszkającej po sąsiedzku w Überwaldzie. Arystokraci z niego skorzystali bardzo skwapliwie, bo dzięki niemu mogli przybyć bez przeszkód na królewską ucztę i zrealizować swoje własne plany. A jak przystało na rodzinę wampirów, zamiary mieli dość ponure.

W powieści mamy więc bardzo ciekawie przedstawiony wątek walki z wampirami, piękne nawiązanie do baśni o Śpiącej Królewnie, a także niebanalnie ukazany los pewnego kapłana, można go nazwać misjonarzem, który w znaczący sposób wesprze wiedźmy w starciu o dobro królestwa i jego mieszkańców. Mimo, że nie wybuchałam co chwila głośnym rechotem, co niejednokrotnie zdarzało mi się przy innych powieściach Pratchetta, wspomnienie niektórych scen nadal budzi we mnie uśmiech, jak choćby opisy Magrat i jej opieki nad córeczką. Wątek macierzyństwa jest mi bowiem bliski. Jak zwykle nie zawiodły mnie niania Ogg i babcia Weatherwax i naprawdę szkoda jest mi się z nimi rozstawać. Z kolei powieściowe wampiry świetnie wpisują się w mój prywatny zbiór różnorakich portretów wampira, gdyż akurat ten temat dość mocno mnie interesuje, mimo że nie jestem miłośniczką horrorów. Dla motywu wampira zawsze zrobię wyjątek i chętnie obejrzę każdy film, serial lub przeczytam książkę, gdzie ten wątek się pojawia. Przede mną jeszcze trochę powieści Pratchetta i choć wiem, że żadna nowa już się nie ukaże, to cieszy mnie perspektywa kolejnych godzin z jego utworami. Podziwiam zawsze jak autor w inteligentny sposób, z dużą dawką humoru, potrafi mówić o sprawach najistotniejszych. Jak pięknie odbija w płaskim zwierciadle Świata Dysku przywary, fanatyzmy, głupotę, by dać lekkiego prztyczka w nos naszej rzeczywistości. Pokazuje, co jest ważne - podstawowe wartości i uczucia, które czynią z postaci jego książek istoty po prostu szlachetne, których nie sposób nie lubić. Miłośnikom wampirów, a także pełnej ciepłego humoru, mądrej filozofii życiowej sir Terry'ego Pratchetta oczywiście polecam przeczytanie Carpe Jugulum, nie powinni czuć się zawiedzeni.

Ocena: 4,5/6

Terry Pratchett, Carpe Jugulum, przeł. Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, stron 298, e-book

Bohater - miasto (Mark Helprin "Zimowa opowieść")

urshana

Zimowa_opowie

Najczęściej, zanim przystąpię do czytania, wiem o czym jest dana książka, czego mogę się po niej spodziewać, do jakiego gatunku przynależy lub znam styl autora. Podobnie jest z filmami, rzadko się zdarza, bym nie wiedziała nic na temat oglądanej fabuły. Zapewne takie przygotowanie do lektury czy też seansu jest dobre, ale czasami brakuje niespodzianki, elementu zaskoczenia. W przypadku czytanej niedawno Zimowej opowieści było akurat tak, że o powieści ani jej autorze nie wiedziałam właściwie nic, tylko gdzieś się jej tytuł pojawiał dość często, zapewne z powodu ekranizacji i wtedy trafił na mój bardzo zatłoczony czytnik, do długiej wirtualnej kolejki. Za lekturę wzięłam się w lutym, bo sprzyjała temu kończąca się pora roku, a z telewizji nagrałam właśnie adaptację i bym mogła ją w spokoju obejrzeć, musiałam przeczytać pierwowzór. Uważam bowiem, że czytanie książek, po obejrzeniu filmu za dużo odbiera mi przyjemności, odwrotna kolejność z kolei dostarcza niezbędnego kontekstu do pełnej oceny filmu.

 O czym jest więc powieść, która ukazała się w Polsce trzydzieści jeden lat po swej amerykańskiej premierze? Do jakiego nurtu czy też gatunku literackiego można ją zaliczyć? Jest to przede wszystkim historia miasta, a dokładniej Nowego Jorku, który z jednej strony prezentowany jest jako bliski ideału mechanizm, utopijne miejsce doskonale sprawiedliwe, a w każdym razie do tego dążące, z drugiej strony jest to prawie że mityczna bestia, która wciąga w swe tryby ofiary i mieli je na drobny pył. Pulsujący energią, ogromny labirynt, miejsce które nigdy nie zasypia, ukazane na przestrzeni całego XX wieku. Wpisuje się ta historia w nurt realizmu magicznego, niektórzy zaliczają ją do urban fantasy. Czytając utwór Helprina, miałam bardzo filmowe skojarzenia, przed oczami stawały mi bowiem kadry z Metropolis Fritza Langa oraz Świateł wielkiego miasta Charliego Chaplina.

Głównym bohaterem jest Peter Lake, włamywacz i mechanik, którego poznajemy, gdy ucieka przed gangiem Krótkich Ogonów pod wodzą charyzmatycznego Pearly'ego Soamesa. W trakcie swej ucieczki spotyka on pięknego białego ogiera, zwanego później Athansorem, który ratuje mu życie i staje się jego towarzyszem. Początkowo historia ciąży w kierunku romansu, gdyż Peter Lake poznaje umierającą na gruźlicę piękną Beverly Penn, córkę bogatego wydawcy i rodzi się między nimi natychmiast uczucie, które jest oczywiście silniejsze niż czas i śmierć. Jednak kolejne części powieści ukazują na pierwszym planie losy innych bohaterów, między innymi przedsiębiorczej i utalentowanej Virginii Gamely, pojawiają się kolejni członkowie rodziny Pennów i ich otoczenie z redakcji "The Sun", na drugim planie toczy się historia bardzo tajemniczego budowniczego mostów Jacksona Meada oraz historia Przymorzan i zemsty gangu Krótkich Ogonów. Jednym słowem, powieść zdecydowanie wymyka się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej, by stać się mityczną opowieścią o pragnieniu doskonałości, idealnej sprawiedliwości o sile uczucia oraz o gwiazdach.

Nie mogę powiedzieć, że po jednokrotnej lekturze zrozumiałam ją dogłębnie, bo nie jest to prosta historia. Mnożenie wątków, kolejnych bohaterów, ukryta symbolika, nawiązania biblijne, a przede wszystkim niezwykły portret Miasta, dają w sumie obraz barwny, skomplikowany i odrobinę tajemniczy. Trudno jest mi jednak odczytać jego przesłanie. Być może za bardzo zapatrzyłam się w szczegóły, by dostrzec wyraźnie całość. Lektura zatem ciekawa, intrygująca, ale pozostawiła u mnie odrobinę niedosytu. Jedno jest pewne, mogę teraz spokojnie obejrzeć adaptację i przekonać się, co dzieło filmowe wybrało dla siebie z tej ogromnej całości i jak rozłożyło akcenty, a raczej czy udało się w nim przemycić coś więcej, niż prostą historię miłosną.

Ocena: 5/6

Mark Helprin, Zimowa opowieść, przeł. Maciej Płaza, Joanna Dziubińska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014, stron 704, e-book

Profesorowa na tropie ("Tajemnica Domu Helclów" Maryla Szymiczkowa)

moni1977

Tajemnica domu Helclów

Tytułem małego wstępu. Nie pisałam na blogu kolejne dwa lata. Zdążyłam w tym czasie urodzić drugie dziecko, sporo przeczytać, spędzić mnóstwo godzin w sieci. Trudno mi jednak było się zmobilizować do refleksji nad książkami, które na pewno były warte kilku słów. Od czasu do czasu tęsknota jednak mnie ogarniała, a ostatnio szwagierka zażyczyła sobie wyraźnie notki na blogu. Skoro będę miała choć jedną czytelniczkę, to myślę, że warto coś dla niej napisać. Z dedykacją dla A. recenzja skończonej właśnie powieści.

Tajemnica domu Helclów to bardzo przyjemny kryminał retro dwójki autorów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, którzy dość krótko ukrywali się pod pseudonimem Maryli Szymiczkowej. Z racji mojej sporej sympatii dla Dehnela, a także kryminałów jako gatunku - musiałam oczywiście i po tę pozycję sięgnąć.

Akcja utworu rozgrywa się pod koniec 1893 roku w Krakowie i to jakże szacowne miasto stanowi doskonałe tło dla prowadzonej intrygi. Pojawiające się postacie historyczne, takie jak młody Tadeusz Żeleński oraz takież wydarzenia, na przykład pogrzeb Matejki, nadają całości niepowtarzalnego kolorytu i tworzą odpowiedni klimat powieści.

Najważniejsza jest jednak niebanalna główna bohaterka - profesorowa Zofia Szczupaczyńska. Kobieta władcza, w średnim wieku, bezdzietna, wzorowa pani domu i żona, aczkolwiek trochę znudzona prowadzonym życiem. Wszystko co mogła osiągnąć dla męża już zdziałała. Tytuł profesora uniwersytetu zawdzięcza on w dużej mierze jej przedsiębiorczości, a niekoniecznie wielkim talentom własnym. Na niwie dobroczynności, jedynej, gdzie żony znaczących krakowian mogą się właściwie udzielać, profesorowa Szczupaczyńska spełnia swoje obowiązki równie skrupulatnie jak we wzorowo prowadzonym domu. I właśnie planowana loteria dla dzieci skrofulicznych przez przypadek wciągnęła szacowną krakowską matronę w intrygę kryminalną, w którą ta wielbicielka opowiadań detektywistycznych E.A. Poe zanurzyła się z wielką rozkoszą, choć oczywiście w tajemnicy przed mężem. Dzięki swojej dociekliwości, by nie nazwać jej wścibstwem, rozwikłała tajemnicę zaginięcia mieszkanki Domu Helclów - instytucji dobroczynnej prowadzonej przez siostry szarytki dla ludzi starszych i schorowanych. Odnalezienie zaginionej pani Mohrowej, niestety nieżyjącej, okazało się dopiero początkiem o wiele bardziej tajemniczej i ponurej historii kryminalnej.

Powieść czyta się znakomicie, ponieważ tak naprawdę napisana jest z przymrużeniem oka, to bardziej pastisz niż historia serio. Zagadka kryminalna prezentowana jest trochę w klimacie Agaty Christie, a z kolei tło obyczajowe i sama postać głównej bohaterki czerpie sporo z Zapolskiej czy Bałuckiego. Szanowani mieszkańcy Krakowa, a zwłaszcza kobiety, to istne "gniazdo os", takiego określenia używa zresztą w tekście hrabina Żeleńska, rozplotkowane, knujące intrygi i walczące bezlitośnie o pozycję swoją oraz rodziny. Nasza bohaterka w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie i nabyte właśnie w walce o prestiż i pozycję umiejętności wykorzystuje do rozwiązania zagadki śmierci pensjonariuszek Domu Helclów. Wspiera ją w tym jej służąca Franiciszka, bo przecież każdy detektyw, nawet amator, musi mieć swojego asystenta. Osobiście z wielką niecierpliwością wyczekuję kontynuacji losów profesorowej Szczupaczyńskiej i mam ogromną nadzieję, że autorzy na jednej powieści nie poprzestaną.

Urshana

Ocena 5/6

Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński), Tajemnica domu Helclów, Znak litera nova, Kraków 2015, stron 242 (e-book)

 

 

 

 

 

 

© Między książkami
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci