środa, 14 września 2011
Droga na szczyt ("W komnatach Wolf Hall" Hilary Mantel)

W komnatach Wolf Hall

Znów niestety skrótowo, a w dodatku głosem odosobnionym, o powieści, którą przeczytałam jakiś czas temu, ale oczywiście nie miałam czasu i siły jej przedstawić. Zdobywczyni Bookera w 2009 roku i kilku innych nagród, w Polsce raczej spotkała się z chłodnym przyjęciem. Ja również dałam się od niej odstraszyć i nie zakupiłam jej, co miałam pierwotnie w planach, ale przyniosłam z biblioteki. Mowa o powieści historycznej Hilary Mantel W komnatach Wolf Hall.

Utwór rozgrywa się w czasach panowania Henryka VIII, dokładnie w latach 1500 - 1535, a jego głównym bohaterem jest Tomasz Cromwell. Jak dla mnie właśnie ta postać i sposób jej wykreowania stanowi o największej sile powieści. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale gdy już przyzwyczaiłam się do dziwnego sposobu prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, w trzeciej osobie, mimo wyraźnej perspektywy postaci, najczęściej właśnie Cromwella, to nie mogłam się od opowiadanej historii wprost oderwać. Bogactwo szczegółów w odmalowywaniu epoki, wnikliwa analiza wydarzeń, szerokie tło historyczne, a na pierwszym planie - opowieść o wielkiej karierze człowieka z nizin społecznych, przedstawiona w sposób naprawdę znakomity.

Lubię kiedy powieści historyczne zaintrygują mnie przedstawionymi faktami, zmuszą do poszukiwań dodatkowych informacji, poszerzania własnej wiedzy, a z drugiej strony oferują własną wizję prezentowanych czasów. I to wszystko znalazłam w W komnatach Wolf Hall. Zaczęłam szukać informacji o Tudorach, zwłaszcza Henryku VIII i jego otoczeniu, pomyślałam o serialu, który całkiem niedawno powstał i mógłby mi zobrazować pewne fakty historyczne. Podziwiałam sposób w jaki autorka wykreowała postać głównego bohatera, w ujęciu historycznym jego portret jest mało pochlebny, a pod piórem Mantel urasta do pozycji genialnego polityka, przedsiębiorcy, humanisty, człowieka nowych czasów. Oczyma Cromwella obserwujemy też innych bohaterów, a z małych fragmentów, rozmów, obserwacji wyłaniają się niezwykle ciekawe postaci na przykład Morusa czy Anny Boleyn.

Powieść nie przedstawia nam całej historii Cromwella, kończy się w momencie jego największego triumfu, co potwierdza założenie, że jest ona swoistą rehabilitacją tej arcyciekawej postaci, która wyprzedzała wręcz swoje czasy. Bardzo mi się spodobały refleksje głównego bohatera na temat mechanizmów rządzenia światem:

Światem nie rządzą ci, których uważa za władców. Światem nie rządzi się z twierdz ani nawet z Whitehallu, tylko z Antwerpii, z Florencji, z miejsc, o których nie myślał; z Lizbony, skąd wypływają statki o żaglach uszytych z jedwabiu, płynące na zachód i spalające się w słońcu. Zawiaduje się nie z pałaców, tylko z kantorów. Wygrywa się nie sygnałem trąbki, tylko klikaniem koralików abakusa, nie zgrzytem mechanizmu muszkietu, tylko skrobaniem pióra po papierze, gdy powstaje skrypt dłużny, który zapłaci i za muszkiet, i za proch, i za strzelca." (s. 387-388)

 Niezwykły, pełen energii, o doskonałej pamięci, wierny swoim ideałom Cromwell po prostu uwodzi i fascynuje. Jeśli autorka zdecyduje się na prezentację jego dalszych losów, będzie miała niezwykle trudne zadanie, bo chyba trudno tę postać jeszcze wzbogacić, a z drugiej strony, skoro możemy obserwować triumfalną drogę na szczyt bohatera, może jeszcze ciekawsze byłoby studium jego upadku.

Miałam się streszczać, a wyszło mi dość obszernie, ale o Cromwellu sportretowanym przez Mantel mogłabym naprawdę pisać długo, bo mnie ta postać uwiodła. I właśnie na tym polega niezwykłość literatury, że potrafi być w bardzo różny sposób odbierana, dla części czytelników W komnatach Wolf Hall okazało się nudnawą powieścią o udziwnionej narracji, dla mnie niesamowitym portretem arcyciekawej postaci, na tle wydarzeń z przełomowej dla Anglii epoki. Jedyne, co mi się w utworze wydało nietrafione to tytuł, gdyż tak naprawdę Wolf Hall i jego mieszkańcy - Seymourowie w życiu głównego bohatera dopiero mają do odegrania ważną rolę, akcja się nie rozgrywa w ich siedzibie, a jeśli mielibyśmy odczytywać tytuł metaforycznie, to jego polskie tłumaczenie zupełnie na to nie pozwala.

Ocena: 5/6

Hilary Mantel, W komnatach Wolf Hall, przeł. Urszula Gardner, Sonia Draga, Katowice 2010, okładka twarda z obwolutą, stron 656

poniedziałek, 12 września 2011
Zabawy w boga ("Mag" Johna Fowlesa)

Mag

Kolejna książka, o której być może powinnam napisać coś więcej, ale ze względów czasowych postaram się kilka najważniejszych refleksji zawrzeć w skróconej notatce. Mag Johna Fowlesa to jest dla mnie niestety osobiste rozczarowanie. Od dawna chciałam po tę powieść sięgnąć, gdyż spotkałam się z jej bardzo entuzjastycznymi ocenami. Popełniłam jednak pewien błąd, a raczej za dużo sobie po tym utworze obiecywałam, nie szukając o nim jednocześnie żadnych bliższych informacji. Skoro polecali go ludzie czytający fantastykę, wydawało mi się, że będę miała do czynienia z prozą kreacyjną, w której choć odrobinę pojawi się elementów tajemniczych czy nadprzyrodzonych. Otrzymałam zaś utwór obyczajowy, zmierzający ku powieści psychologicznej. Część mojego rozczarowania wynika zatem z oczekiwania zupełnie innej konwencji niż zastosowana w utworze.

Głównym bohaterem, a jednocześnie narratorem Maga jest młody Anglik, nauczyciel, przedstawiciel klasy średniej - Nickolas Urfe. Poznajemy go na początku utworu, gdy poszukuje nowej pracy i dostaje dwuletni kontrakt w szkole na niewielkiej greckiej wyspie Phraxos, a jednocześnie, jeszcze przed wyjazdem z Londynu do Grecji, nawiązuje romans z młodą Australijką - Alison. Być może właśnie postać głównego bohatera była kolejnym powodem, dla którego powieść Fowlesa mnie nie zachwyciła. Jest on bowiem egoistą, skłonnym do użalania się nad sobą, snobem, który jednocześnie nie potrafił mnie zafascynować, wydawał mi się za bardzo męczący i nudny. Inne postaci występujące w utworze z kolei może i są ciekawsze, ale trudno określić tak naprawdę, co nimi kieruje, jakie są ich prawdziwe intencje. Dotyczy to zarówno tytułowego Maga, czyli Conchisa, tajemniczego bogacza, mieszkającego na Phraxos, jaki i pojawiających się kobiet.

Akcja utworu rozgrywa się głównie na Phraxos, gdzie Nickolas staje się obiektem dziwnego eksperymentu, doświadczenia psychologicznego. Zafascynowany postacią Conchisa, a jednocześnie śmiertelnie znudzony monotonią życia szkolnego daje się wciągnąć w grę, w której staje się marionetką, zdaje sobie sprawę, że jest manipulowany, a jednocześnie nie potrafi nie przyjąć kolejnego zaproszenia do majątku Bourani. Ciągłe mistyfikacje, próby zrozumienia, co jest prawdą, a co fikcją są na pewno atutem utworu. Niestety, w pewnym momencie śledzenie losów Nickolasa zaczęło mnie bardzo nudzić i zmuszałam się wręcz, by dokończyć utwór, ciekawa mimo wszystko jaki będzie finał, a jednocześnie zmęczona pewnymi powtarzającymi się zabiegami.

Nie uważam, że powieść Fowlesa jest słaba, moja ocena wypada całkiem przyzwoicie. Rozczarowałam się głównie dlatego, że oczekiwałam rewelacji, zachwytów i historii, która nie pozwoli mi się od siebie oderwać. Dostałam przyzwoicie napisaną, udaną pod względem kompozycyjnym opowieść o próbie zmienienia pewnego egocentryka? Czy udanej, o tym mogą się przekonać ewentualni chętni, mam nadzieję, że zdający sobie bardziej sprawę z tego, z jaką powieścią będą mieli do czynienia.

Ocena: 4,5/6

John Fowles, Mag, przeł. Ewa Fiszer, Rebis, Poznań 1995, stron 640, okładka miękka

sobota, 10 września 2011
Zabawa z konwencją ("Piwowar z Preston" Andrei Camilleriego)

Piwowar z Preston

 Bardzo chciałabym napisać o przeczytanych ostatnio książkach trochę więcej, ale niestety nie jest to obecnie możliwie. Nazbierało się ich tyle, że przestałam panować nad piętrzącymi się stosami, biblioteka pogania mnie upomnieniami, bym oddała zaległości (i mają rację), a z drugiej strony żal mi nie wspomnieć choć w kilku słowach o moich wrażeniach i subiektywnych odczuciach. Dopóki więc nie zmniejszę ilości utworów, które przeczytałam, a o których nic nie napisałam, postaram się zmusić do wpisów bardziej telegraficznych, skrótowych jak radzi mi mądrze autor bloga Notatnik kulturalny. Zobaczymy na ile starczy mi zapału oraz samodyscypliny. Może nie okażę się przypadkiem beznadziejnym. Ad rem.

Andrea Camilleri to włoski autor kryminałów, znany głównie z wykreowania postaci komisarza Montalbano. Kilka spotkań z sympatycznym miłośnikiem dobrej kuchni, mieszkańcem niewielkiego sycylijskiego miasta Vigaty mam już za sobą, więc postanowiłam wrócić do jego autora. W ręce wpadł mi Piwowar z Preston, który wprawdzie nie opowiada o przygodach komisarza, gdyż jest to utwór historyczny, ale nadal rozgrywa się w Vigacie, tyle że w drugiej połowie XIX wieku.

Mamy do czynienia z kryminałem o dość niezwykłej konstrukcji, gdyż rozdziały nie przedstawiają wydarzeń w sposób chronologiczny, co więcej ich tytuły, które jednocześnie stanowią pierwsze zdanie każdego z nich powinny także wzbudzić nasze podejrzenia. Wyjaśnienie obu zabiegów znajdziemy w zakończeniu oraz spisie treści, jest ono dość ciekawym chwytem i jak dla mnie - podnosi wartość samego utworu.

Zaletą Piwowara z Preston jest na pewno pełen humoru sposób prezentowania bohaterów oraz wydarzeń, narracja nie jest zupełnie neutralna, a wyczuwane w niej tony dystansu, czy ironii świetnie kreują atmosferę. Czyta się więc utwór Camilleriego z dużą przyjemnością, a mnie osobiście zachęcił on do powrotu do tego autora i ponownego spotkania z sycylijską rzeczywistością.

Ocena: 4/6

Andrea Camilleri, Piwowar z Preston, przeł. Anna Wasilewska, Noir sur Blanc, Warszawa 2008, stron 200, okładka miękka

czwartek, 08 września 2011
Przez kręgi rozpaczy i szaleństwa oraz Szekspir w kosmosie ("Wydrążony człowiek. Muza Ognia" Dana Simmonsa)

Wydrążony człowiek. Muza ognia.

Z Danem Simmonsem przyjaźnię się wprawdzie od niedawna, ale jest to już z mojej strony więź dość mocna i mam nadzieję – stała. Zachwyciłam się jego najgłośniejszym i jak do tej pory chyba najlepszym dziełem, czyli Hyperionem. Potem przyszedł czas na kontynuacje tej genialnej powieści, które również bardzo mi się podobały, choć może nie spowodowały zawrotu głowy. Nie zmienia to faktu, że znalazłam u autora kilka elementów, które mi osobiście w literaturze bardzo odpowiadają – świetnie opowiedzianą historię, dotyczącą bardzo istotnych spraw i najważniejszych dla człowieka wartości, dodatkowo okraszoną licznymi nawiązaniami literackimi, filozoficznymi oraz oczywiście naukowymi, bo przecież Simmons to autor science fiction. Jego utwory są dla mnie niezbitym dowodem na to, że dobrze napisana fantastyka może z powodzeniem mierzyć się z literaturą z tak zwanej „górnej półki”, a raczej po prostu powinna się na niej znaleźć, bo jej miejsce jest w głównym nurcie, a nie w getcie gatunkowym.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka w ramach serii Nowa Fantastyka wydało w czerwcu połączone dwa utwory amerykańskiego twórcy: znaną wcześniej polskim czytelnikom powieść – Wydrążony człowiek (utwór powstały w 1992 roku) oraz nowość na naszym rynku, czyli pochodzącą z 2008 roku Muzę Ognia. Oba dzieli data powstania, przynależność gatunkowa, a także objętość. Wcześniejszy utwór to opowieść rozgrywająca się współcześnie w realiach Stanów Zjednoczonych, dość rozbudowane studium utraty, rozpaczy, a także poszukiwania sensu istnienia. Późniejsza Muza Ognia jest raczej opowiadaniem niż powieścią, wykorzystującym typową scenografię utworu science fiction – to wizja odległej przyszłości rasy ludzkiej, podbitej przez bardziej zaawansowane cywilizacje, a jednocześnie rozgrywająca się w kosmosie historia trupy teatralnej. Jest jednak coś, co w moich oczach łączy oba utwory.

W obu kluczową rolę odgrywają bowiem inne teksty literackie, które stanowią bazę, źródło odniesień, odpowiedni kontekst interpretacyjny. Jest to zresztą zabieg, który pojawia się również w cyklu o Hyperionie, ale nie jest on dla niego aż tak fundamentalny jak dla obu analizowanych dzieł. Nie da się czytać w pełni Wydrążonego człowieka bez znajomości Boskiej komedii Dantego oraz wiersza T. S. Eliota Wydrążeni ludzie. Ten drugi utwór sam jest z kolei niezwykle głęboko zanurzony w kulturze, wchodząc w dialog z wieloma ważnymi tekstami – między innymi Jądrem ciemności Conrada. Ten piętrowy zbiór odniesień przez wieki powoduje, że dramat głównego bohatera i jego cierpienie stają się bardziej uniwersalne, zyskują dodatkową głębię. Muszę przyznać, że obrazy wyłaniające się z poszczególnych rozdziałów powieści Simmonsa mają ogromną moc, a historia telepaty, matematyka – Jeremy’ego Bremena jest niezwykle przejmująca, a jednocześnie ma bardzo głębokie przesłanie. W Muzie Ognia z kolei rozkochają się na pewno wszyscy miłośnicy Shakespeare’a, do których również się zaliczam. I mimo że uważam ten tekst bardziej za zabawę z ulubionymi motywami, nie można mu odmówić niewątpliwego uroku i wdzięku. Z prawdziwą rozkoszą czytałam opisy wystawianych przez trupę wędrujących przez kosmos aktorów arcydzieł Mistrza ze Stratfordu, a cytowane w opowiadaniu fragmenty jego sztuk sprawiły mi wielką frajdę. Dla humanisty, który sięga po utwór science fiction obcowanie z dobrze znanymi frazami z Hamleta czy Makbeta może być tylko i wyłącznie ucztą, zwłaszcza że przytoczone są w najlepszym według mnie tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Sama idea utworu nie przekonała mnie do siebie w pełni, ale szczegółowy obraz losów ludzkości w dalekiej przyszłości, z niezwykłym pietyzmem zbudowane tło, prezentujące inne planety oraz zamieszkujące je cywilizacje, a w dodatku wszystko to pięknie ozdobione mistrzowskimi frazami Shakespeare’a, a także, co równie istotne, dziełami C. G. Junga powoduje, że Muzę Ognia czyta się z wielką przyjemnością.

Moje długie wywody i zachwyty nad kontekstem kulturowym zapewne zjeżyły włos na głowie każdego ścisłowca, ale mogę zapewnić wszystkich miłośników twardej naukowej prozy, że Simmons dba także o nich. W Wydrążonym człowieku mamy fascynujące koncepcje wykorzystujące najnowsze osiągnięcia alternatywnej fizyki kwantowej, matematykę chaosu, badania nad falami neurologicznymi wysyłanymi przez mózg, wszystkie połączone w całość przez głównego bohatera, który jako bardzo uzdolniony matematyk, a jednocześnie telepata, stara się zrozumieć, czym jest otaczający go świat (a może istnieje wielość światów?), poszukuje sensu własnego istnienia, jak również zastanawia się nad istnieniem Boga. Odpowiedzi na odwieczne pytania filozoficzne szuka w dziedzinie, którą reprezentuje. Zderzenie racjonalnego, uporządkowanego matematycznie sposobu postrzegania otoczenia przez Jeremy’ego z emocjonalnym, artystycznym widzeniem rzeczywistości przez jego żonę – Gail, jest w tym utworze kolejną zaletą. Z jednej strony pokazuje oczywiste różnice między sposobem odbioru tego, co postrzegamy, a jednocześnie Gail staje się pośrednikiem między naukowymi teoriami męża a odbiorcą. Tłumacząc żonie swoje koncepcje, Jeremy wyjaśnia je również czytelnikowi. O tym, że Muza Ognia, wpisująca się w dość standardowe ramy utworu science fiction, może spodobać się każdemu wielbicielowi tego gatunku, chyba przekonywać dodatkowo nie muszę.

Podsumowując, zbiór dwu utworów Simmonsa uważam za jedną z lepszych pozycji wydanych w serii Nowej Fantastyki. Niezwykłe jest w obu przypadkach połączenie naukowych koncepcji z dialogiem kulturowym. Właśnie dzięki takim zabiegom amerykański pisarz zdobywa serca nie tylko miłośników fantastyki naukowej, ale staje się bliski także odbiorcom, którzy na co dzień nie sięgają po ten gatunek. A co najważniejsze – Simmons porusza w swoich utworach bardzo istotne tematy, fundamentalne dla ludzkości. Szuka odpowiedzi na najprostsze, a jednocześnie najtrudniejsze pytania, na które ludzkość stara się odpowiedzieć od kilku tysięcy lat i zapewne będzie to czynić w przyszłości. Zdecydowanie polecam.

Ocena: 5/6

Dan Simmons, Wydrążony człowiek. Muza Ognia, przeł. Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski, Janusz Ochab, Prószyński i S-ka 2011, stron 472, okładka miękka ze skrzydełkami

Recenzja ukazała się na blogu Zaginionej Biblioteki.

środa, 07 września 2011
Wędrówka tropem mitu ("Ameryka nie istnieje" Wojciecha Orlińskiego)

Ameryka nie istnieje

Muszę przyznać, że w tym roku całkiem nieźle mi idzie czytanie literatury faktu, która do tej pory była traktowana przeze mnie odrobinę po macoszemu. Zdaję sobie również sprawę, że to co czytam, to i tak niewielka kropla w morzu możliwości, ale zawsze lepiej poznać kilka pozycji niż żadnej. Wojciech Orliński, redaktor "Gazety Wyborczej", to dziennikarz, po którego teksty sięgam chętnie ze względu na jego zainteresowania popkulturą. Kiedy więc dowiedziałam się o wydaniu książki Ameryka nie istnieje od razu trafiła ona na straszliwie długą listę pozycji do przeczytania.

Ameryka nie istnieje przynależy do serii Mój prywatny świat i jest dość nietypowym zapisem podróży po Stanach Zjednoczonych. Orliński postawił przed sobą bowiem pewne wyzwanie, a raczej postanowił podporządkować swoją wędrówkę przemyśleniom Jeana Baudrillarda na temat zupełnej nierealności Ameryki. Krótko mówiąc, każdy rozdział omawianej pozycji podporządkowany jest hasłu zawartemu w tytule i w bardzo ciekawy sposób zderza wyobrażenia na temat USA, utrwalone zwłaszcza w głowach Europejczyków, z prawdziwym obrazem tego ogromnego kraju. Wniosek z tych podróży również zawiera tytuł.

Pomysł na książkę, a także sposób prezentowania wręcz mitycznych miejsc Stanów bardzo mi się spodobał i z ogromną przyjemnością dałam się prowadzić Orlińskiemu przez nieistniejące miejsca - Disneyland, Dziki Zachód, Nowy Jork, Los Angeles, Las Vegas czy Route 66. Zestawienie również we mnie głęboko zakorzenionych wyobrażeń na temat Ameryki, które wywodzą się głównie z dzieł kultury popularnej - filmów, seriali, tekstów piosenek z rzeczywistością oglądaną na miejscu jest niesamowite. Dla każdego, kto marzy o podróży do USA książka Orlińskiego może okazać się istotną pozycją, gdyż pozwoli uniknąć pewnych rozczarowań. Głęboka analiza, także historyczna, narodzin i kształtowania się utartych w naszych głowach wyobrażeń na temat tego, jak wygląda Ameryka jest ogromną zaletą pozycji Orlińskiego. Dzięki niemu dowiedziałam się, że nie ma czegoś takiego jak Los Angeles, a moje wyobrażenia o Nowym Jorku, będące oczywiście mieszanką z filmów Woody Allena czy Martina Scorsese mają się nijak do rzeczywistości. Jeśli kiedyś wybiorę się w daleką podróż do tego niezwykłego kraju, postaram się na niego spojrzeć inaczej, po prostu go poznawać od nowa, odsuwając na dalszy plan obecne we mnie obrazy. Przewodnik po Ameryce, która nie istnieje Wojciecha Orlińskiego mogę polecić każdemu, bo to świetnie napisana książka, która dokonuje niezwykłej konfrontacji, a jednocześnie uświadamia odbiorcom jak bardzo na nasze postrzeganie świata wpływa kultura, to co czytamy, oglądamy, to czego słuchamy. Podejrzewam, że nie tylko Ameryka, ale wiele innych miejsc na świecie po prostu nie istnieje, a raczej nie ma nic wspólnego z naszymi wyobrażeniami. Ale przekonać się o tym możemy tylko wtedy, gdy się tam wybierzemy osobiście.

Ocena: 5/6

Wojciech Orliński, Ameryka nie istnieje, Pascal. Travel Club, Bielsko-Biała 2010, okładka miękka, stron 288

XXX

Jak zapewne zauważyli Ci, którzy od czasu do czasu zaglądają na mój blog, nie jestem raczej skłonna do osobistych wynurzeń i wpisów zbliżonych do dziennika. To nie mój żywioł. Staram się raczej ograniczać do notatek o przeczytanych książkach, bo taki był cel założenia tegoż internetowego notatnika. Jednak długo nic nowego nie pojawiło się na jego stronach i chciałam się odrobinę wytłumaczyć. Po prostu oczekuję dziecka i pierwszy trymestr ciąży dał mi się odrobinę we znaki. Nie miałam siły duchowej ani fizycznej do przesiadywania przed komputerem, stąd moja bardzo długa nieobecność. Jak będzie dalej? Nie mam pojęcia. Ciąża to dla mnie ogromna przygoda, wielkie nadzieje, mnóstwo radości, ale też związane z nią drobne niedogodności. Czytam mniej niż dawniej, a pisać nie mam siły. Nie mogę więc obiecać niczego, jeśli będę miała nastrój oraz siły, będę umieszczać recenzje, jeśli nie - to się nowe teksty nie pojawią. Obecnie najważniejsze jest dla mnie małe szczęście, które powolutku rośnie we mnie. Trzymajcie za nas kciuki.

Urshana

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Spis moli Siecik.pl -stylowy portal kulturalny Co czytać?